𝔚𝔦𝔥𝔰𝔶
Mmfxyw
Jaworzno, Katowice, Poland
Każdego ranka mały Kuba szedł przez las do szkoły. Znał każdy zakręt, każde skrzypiące drzewo. Tego dnia padał śnieg – gęsty, ciężki, jakby ktoś pierze sypał z nieba.

Po lekcjach Kuba wracał sam. Zrobiło się ciemno. Śnieg zatarł ścieżki, drzewa wyglądały obco. Zatrzymał się, próbując odnaleźć drogę. Wtedy usłyszał głos.

Ktoś wołał go po imieniu. Głos dochodził z głębi lasu – cienki, dziecięcy, jakby płakał.

Kuba ruszył w tamtą stronę. Szedł coraz głębiej. Głos stawał się głośniejszy, bardziej rozpaczliwy. Nagle Kuba stanął jak wryty.

Głos dochodził spod wielkiego świerka. Na śniegu leżały ślady małych butów. Prowadziły wokół drzewa… i urywały się. Za to przy pniu, przy samej ziemi, coś leżało. Mały, drewniany krzyżyk opleciony zwiędłymi kwiatkami.

Głos umilkł.

Kuba podniósł wzrok. Przed nim, na gałęzi, wisiało zdjęcie w ramce. Czarne włosy, taka sama kurtka jak jego. Pod spodem data: 17 marca. Dzisiejsza data.

Kuba poczuł, że nogi mu miękną. Gdzieś z tyłu, za nim, śnieg zaskrzypiał pod czyimiś butami.

Obrócił się powoli.

Na ścieżce stał chłopiec. Cały biały od śniegu, zastygły w bezruchu. Miał twarz Kuby. Patrzył na niego pustymi oczami i bezgłośnie otwierał usta – jak ryba wyciągnięta z wody. Próbował coś powiedzieć, ale nie wychodził z niego żaden dźwięk.

Dopiero po chwili Kuba zrozumiał: ten chłopiec nie wydaje dźwięku, bo to on sam przed chwilą krzyczał w lesie. Głos, który go tu przywiódł… to był jego własny głos. Sprzed roku. Sprzed chwili. Zza grobu.

Każdego ranka mały Kuba szedł przez las do szkoły. Znał każdy zakręt, każde skrzypiące drzewo. Tego dnia padał śnieg – gęsty, ciężki, jakby ktoś pierze sypał z nieba.

Po lekcjach Kuba wracał sam. Zrobiło się ciemno. Śnieg zatarł ścieżki, drzewa wyglądały obco. Zatrzymał się, próbując odnaleźć drogę. Wtedy usłyszał głos.

Ktoś wołał go po imieniu. Głos dochodził z głębi lasu – cienki, dziecięcy, jakby płakał.

Kuba ruszył w tamtą stronę. Szedł coraz głębiej. Głos stawał się głośniejszy, bardziej rozpaczliwy. Nagle Kuba stanął jak wryty.

Głos dochodził spod wielkiego świerka. Na śniegu leżały ślady małych butów. Prowadziły wokół drzewa… i urywały się. Za to przy pniu, przy samej ziemi, coś leżało. Mały, drewniany krzyżyk opleciony zwiędłymi kwiatkami.

Głos umilkł.

Kuba podniósł wzrok. Przed nim, na gałęzi, wisiało zdjęcie w ramce. Czarne włosy, taka sama kurtka jak jego. Pod spodem data: 17 marca. Dzisiejsza data.

Kuba poczuł, że nogi mu miękną. Gdzieś z tyłu, za nim, śnieg zaskrzypiał pod czyimiś butami.

Obrócił się powoli.

Na ścieżce stał chłopiec. Cały biały od śniegu, zastygły w bezruchu. Miał twarz Kuby. Patrzył na niego pustymi oczami i bezgłośnie otwierał usta – jak ryba wyciągnięta z wody. Próbował coś powiedzieć, ale nie wychodził z niego żaden dźwięk.

Dopiero po chwili Kuba zrozumiał: ten chłopiec nie wydaje dźwięku, bo to on sam przed chwilą krzyczał w lesie. Głos, który go tu przywiódł… to był jego własny głos. Sprzed roku. Sprzed chwili. Zza grobu.

Currently Offline
Featured Artwork Showcase